„Lubię to!” ale umiarkowanie…

Oskary, Złote Globy i dziesiątki innych nagród. „The Social Network” Davida Finchera to film, o którym ostatnio było głośno. Krytyka pieje z zachwytu, ludzie mówią o manifeście pokolenia Facebooka, fora uginają się o od dyskusji o tym jak to było naprawdę… Znam osoby, dla których ten film to wydarzenie ostatniej dekady. Fabularyzowana „biografia” Marka Zuckerberga, twórcy chyba najważniejszej obecnie na świecie strony internetowej www.facebook.com, zapowiadała się naprawdę nieźle. I jak to bywa często, w przypadku kiedy oczekiwania są ogromne, rezultat nie zawsze bywa zadowalający…

Wgryzanie się w fabułę, pisanie jej streszczenia tutaj nie jest najlepszym pomysłem. Za dużo trzeba by było tłumaczyć, wyjaśniać kto jest kto i dlaczego. Gdzieś czytałem, że ten film to biografia, próba sportretowania Marka Zuckerberga przez pryzmat historii powstania strony i procesu, który wytoczyła mu grupa studentów zarzucająca plagiat, a także jeden ze współzałożycieli. Hm… Określenie „próba” jest tutaj bardzo istotne. Nie poznajemy życia głównego bohatera, nie wiemy skąd pochodzi, kim byli jego rodzice i czy inspirował się kwiatkami rosnącymi w ogródku sąsiada. Przez 2 godziny poznajemy jedynie fragment jego życia i tylko na jego podstawie możemy ocenić – jaki on jest, jaki był…

Mam problem z tym filmem. Dobrze mi się go oglądało. Nie nudził. Bardzo dobre zdjęcia, świetny montaż, doskonała muzyka Trenta Reznora i Atticusa Ross’a. Do tego naprawdę całkiem przyzwoite aktorstwo. Jessie Eisenberg, który w „Zombieland” straszliwie mnie irytował, tutaj wypada zdecydowanie bardziej przekonująco, najlepiej z całej obsady. Jego „Mark Zuckerberg” jest totalnym świrem czy jak to się teraz mawia: geekiem (nawet nie wiem czy dobrze to odmieniam i czy generalnie można to odmieniać). Zafiksowany na punkcie komputerów, totalnie zakochany w swoim „dziecku”. Eisenberg stworzył całkiem przekonywującą rolę. Ciekaw jestem jak odbiera ją sam Zuckerberg. Bardzo przyzwoity był również Justin Timberlake, który gra w filmie Seana Parkera, twórcę serwisu Napster. Andrew Garfield, który wcielił się w rolę Eduardo Saverin’a, współtwórcy Facebooka, jest średniawy. Czasem miałem wrażenie, że nie dostał się do obsady „Zmierzchu” i nie miał co ze sobą zrobić. Ale nie było aż tak źle.

Ok. To mamy już ustalone – film jest przyzwoity. Właśnie… Tylko przyzwoity. Przeciętnie przyzwoity. Taki sobie film, który można obejrzeć i zapomnieć. Ani razu nie odniosłem wrażenia, że oglądam historię, która jest ważna. Nie poczułem dreszczyku emocji. Nie było iskry, która zapaliłaby większe emocje. Ot film. Po prostu. Jakby reżyser zapomniał o tym, że to wszystko musi „jechać”. Nie pojechało…

Dlatego też czuję się lekko rozczarowany. Mam poczucie, że gdybym nie obejrzał „The Social Network” to niewiele bym stracił poza możliwością dyskusji ze znajomymi na ten temat.

Facebook to „wynalazek” (chyba można użyć takiego określenia), który trwale zmienił współczesny świat. Stał się nowym symbolem komunikacji, zmienia historię świata, polityki, biznesu… Chyba sam Zuckerberg nie przypuszczał, że daje ludziom do ręki tak potężne narzędzie.

„The Social Network” to film, o którym za 10 lat mało kto będzie jeszcze pamiętał. Więc chyba dobrze, że to „Jak zostać królem” był tegorocznym tryumfatorem Oskarów.

YouTube Preview Image

The Social Network

Reżyseria: David Fincher

Scenariusz: Aaron Sorkin, na podstawie książki Bena Mezricha „Miliarderzy z przypadku”

Występują: Jesse Eisenberg, Justin Timberlake, Andrew Garfield

Muzyka: Trent Reznor, Atticus Ross

Dystrybucja w Polsce: Sony/UIP (kino) , Imperial Cinepix (DVD)

Czytaj także:

Kategoria: FILM
Tagi:, , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Komentarzy: 2 do wpisu “„Lubię to!” ale umiarkowanie…”

Dodaj komentarz (+)

  1. ulika1234 pisze:

    Mam bardzo podobne odczucia związane z tym filmem. To był niezły film, ale właśnie — film, nie Film, nie wydarzenie dekady. Do obejrzenia, do zapomnienia. Z różnymi fabularnymi niedoskonałościami, z mimo wszystko niekoniecznie doskonale nakreślonymi postaciami. Po obejrzeniu fanką na śmierć i życie nie zostałam, zdecydowanie.
    I tak się zastanawiam, skoro Social Network i The King’s Speech (zdecydowanie wolę zostać przy oryginalnym tytule, strach się bać, co by wyszło z Social Network, gdyby Polacy wzięli się za tłumaczenie) na siłę podaje się nam jako Filmy (The King’s Speech to bardzo dobry film, ale chyba jednak także nie wiekopomny), to co to oznacza? Czy na początku XXI w. mamy tylko filmy przez małe F, wokół których kręci się filmowy światek, a wielkich dzieł się już po prostu nie tworzy? Smutne.

  2. Pawel pisze:

    Przyczepię się polskich tłumaczeń zagranicznych tytułów. Otóż dla mnie numerem jeden wszech czasów jest tytuł z 1973 roku, który zna prawie każdy kinomaniak, nawet taki mały maniak jak ja. Jest to film pt. The Sting, który polacy złoci ptacy przetłumaczyli jako…uwaga: Żądło. No co? Toć sting to w istocie z angielskiego żądło. Z tym, że to była świetna kryminalna komedia o… oszustach, nie pamiętam by ktoś tam kogoś żądlił albo był powiązany z rojem wściekłych szerszeni. Twórcy chodziło raczej o uszczypliwość bądź o nabieranie kogoś, ale nie na litość boską o część ciała owada! Oto inne propozycje:

    - The fight club – podziemny krąg. A jakże…
    - Lord of war – pan życia i śmierci. A może by tak google translate?
    Całe szczęście, że np. Black Hawk Down został jako Helikopter w ogniu, a nie np. Upadek Czarnego Jastrzębia:)

Zostaw odpowiedź

In an effort to prevent automatic filling, you should perform a task displayed below.


*